BETTY Z APARATEM

Jesteś ze światła, to
widać na fotografii,
nie ma na niej ciała, tylko
większe i mniejsze światło,

nie chwalę twego
mięsa: piersi, nosa, powiek - wtedy
światło ślepnie wypalone słowem,

mówię ci, Betty,

niech żyje fotografia, sztuka
jasnej pamięci.







STRUNA

Nie mam historii, płynę
lekko, tak,

umarli mówią do mnie
i dmuchają w żagle, nie mam
przeszłości, wczoraj, przedwczoraj
ktoś inny żył moim życiem, jestem
bezludny,
palę ogniska, ostrzegam okręty,

drży struna rozpięta
od nieba do Ziemi, ten

dźwięk – ja.







* * *

Idę po wierzchołkach
sosen, dookoła rozciąga się wokół,
spaść stąd nie można,
nie ma góry, nie ma dołu,
idąc w miejscu stoję, rosnę
do środka, a teraz jako staruszka
przebiegam ulicę od domu
do sklepiku, żadnego niebezpieczeństwa.







DACHY I KOMINY

Coś stało się nad ranem,
gdzieś daleko, ale
jakby za ścianą, nie wiadomo co,
coś,
o czym nie napisały gazety, ale
rano wiedzieliśmy, że już było
po,

do pracy poszli sąsiedzi, każdy
z własną trumną na ramieniu, zerkali
na siebie, prosili o wybaczenie
za niesprzątnięte schody, za hałasy w nocy,

z okna widziałem dachy i kominy
i wielki napis na ścianie, że
nic
się nie stanie (gdy się ubezpieczę).







LEKKOŚĆ

Brzoza
do pieca, mokra, skwiercząca,

spływa kropla wody w ogień,
zmienia się w parę,
znika w powietrzu,

żyje lekko.







DŁONIE

Ufność trzyma mnie przy życiu,
ufność w twoje dłonie, gotowe

do głaskania, żywe
aż do rozpadnięcia się na pojedyńcze palce,
w opuszkach których ufności najwięcej,

dłonie,
czułki statku kosmicznego, którym
jesteś - zlądowałaś na Ziemi w dniu
poczęcia - piękny statek o białej, gładkiej
skórze,

oprócz twoich dłoni ufam jeszcze
wieczornemu Słońcu, że
po zachodzie
nie wychyli głowy zza horyzontu,

poza tym nie różnię się od psa i od żaby.







CZAS ZATRZYMAĆ CZAS

Spada jabłko
z gałęzi i następne, jestem

obcy, przybyłem
z krajów, których nie ma, chwytam

jabłko: czas zatrzymać czas;

a ja go ścigam,
przegrywam, połykam
w piekących kawałkach.







MAŁY PORZĄDEK

... jak medal zakończenia,
jak order rozstania,

zwinna linia spotkania
morza z brzegiem,

pełen jestem wody,
muszę
wypluć morze i stanąć na brzegu;

dzień i noc to ledwie
mały porządek, Słońce nigdzie
nie zachodzi, jak śmiem w to wątpić,

poprzednią sekundą zaczynam
następną godzinę w dniu

ostatecznym, jedynym,

od początku świata ...







* * *

Ten, który mieszka we mnie, jak podróżnik

w gościnie zatrzymał się
na chwilę, patrzy na żółtą łąkę,
należy do pejzażu, a ty
go chcesz dla siebie, chcesz żeby dom
postawił,

pośpiesznie zbija ściany, byle jak,
deska do deski, nie tutaj
jego miejsce, w ciele

wynajętym na godziny.







DELIKATNOŚĆ

Gdy ględzisz o miłości popatrz na
jej koronę, pośród innych kamieni
błyszczy delikatność – żyłki liścia
pod światłem i burza, gdy odchodzi;

zwiewną delikatność warto pielęgnować,
bo sama się sobą nie zajmuje,
przybywa nieśmiała z granicznego portu, który
leży na rubieżach, blisko tamtej strony;

pytasz, czy kamień prawdy nie lśni
ponad delikatność?

to pytanie dla moralisty,
na mój domowy użytek wiem, że bez delikatności
zostaje handel uczuciami i prezenty z banalnej
porcelany, o które bębni kurz.







* * *

Czy On może przyjąć kształt róży? może, najchętniej róży różowej.







OPUŚCIĆ B.

Co do mnie, najważniejsze rzeczy zawsze
działy się w niedzielę, kiedy On odpoczywa,
to

wyjechałem w niedzielę o 7.41, suma cyfr –
dwanaście, B. spał jeszcze

pod szarą kołdrą jak zwykle lekko ubrudzony,
taka jego uroda, pokażcie mi coś czystego

na Ziemi lub coś takiego, co się niebawem nie
zabrudzi;

B. mamrotał we śnie, kłuł wieżą niebo

aż zniknął, minąłem Niewodnicę,
utonąłem w białych lasach,

w pustych dniach, które lubię za ich
nieobecne piękno; było jasne, żeby

odpocząć - muszę wracać.







* * *

Ciszę ciągle
smakuję od nowa,

wciąż słyszę
ze strachu łopocące serce,

podcinam mu skrzydła.







DIETA

Była noc zimowa bez śniegu, pierwsza
kawka krzyknęła z akacji za oknem
i zaraz rozwrzeszczały się inne kawki
na znak, że noc się kończy,

rozpoczął się diety tydzień trzeci, wracałem
do pierwszego kształtu bez brzucha,
do wąskich palców, naciągniętej skóry,

myślałem z sympatią o czarnych spodniach,
których szczęśliwie nie wyrzuciłem, lekko
przetartych i na szwach rozbielonych
w miejscach, gdzie nogawka ociera o nogawkę
- teraz miałem jak znalazł,

kawki ucichły, za to usłyszałem skrobanie
szyb samochodów, i sąsiad z góry
odkaszlnął, po czym poznałem, że jeszcze nie wyzdrowiał,

z datami była taka sprawa, że było pięć dni
do Bożego Narodzenia, ale
pościć zacząłem nie z tego powodu.







ŁAGODNE ZNIKNIĘCIE

Przedwczoraj w K., słoneczny wrzesień, niedziela,
straciłem oczy, język, nos, uszy,
zapomniałem o duszy,
myśli jak myszy wyszły z pustej spiżarni,

jak latawiec uciekłem w górę, zmieszałem się
z chmurami, aż mewa przebiła papierową skórę,
bałem się, że spadnę,
rozpostarłem ręce, ale rąk już nie miałem

i poznałem sposób na łagodne zniknięcie.







SZPAKI

Co powiedzieć o świetle czerwonym? Nad dachami
wygina sprężyny powietrza, jego róż, amarant, fiolet
piją szpaki, które z oczami pełnymi kolorów, wyżej
i wyżej umierają w górze.

Po co mówić? Oddychać trzeba,
kazać sercu krew tłoczyć, kaleczyć ręce, oczy mrużyć,
niech swój do swego, szpaki do śmierci,
niech łączą się kolory, cienie do cieni,
światło w świetle.







WIĘCEJ MIEJSCA NA ZIEMI

Zwiędłymi liśćmi zasypuję
grób, odchodzę, zapominam
imienia,

dzięki zmarłym
jest więcej miejsca na Ziemi
i w moim domu i w moim oku;

oni wieczorem
iść każą do mnie swoim myślom
- sierotom, które zostawili
na samodzielne dorastanie,

daję im zupę z obiadu i
przepędzam, jak natrętów.







BUDOWA DUSZY
Agnieszce J.

Nie wiem,
skąd się tutaj wzięłam, a już budowa duszy
doprowadza mnie do rozpaczy,
wciąż coś się psuje, jak w prototypie silnika i wciąż ktoś mówi, że mnie kocha, i żąda decyzji o prokreacji,
no to pytam tu i ówdzie,
jaki jest powód mojego przyjścia na Ziemię,

teoretycznie
wiem, co robić, żeby być zbawioną, ale nie, nie pójdę
w sekty, w sutanny, w gnozę, spóźniam się i lubię się wysypiać, nie mam współczucia dla smutnych kobiet, żadna z siedmiu wersji mojego życia nie jest prawdziwa, a powstają nowe (niektóre nieosobowe),

dopiero,
gdy dotknę twojego wiotkiego przegubu dłoni,
domyślam się początku świata, kiedy
On wpadł na pomysł, by zaludnić Ziemię.







DRABINA

Za oknem Tam, ja Tutaj, dosięgam

Tam niewprawnym okiem,
Tam patrzy na mnie aż napinają się chmury
i powtarzam z wysoka, że oprócz
nagrody i kary są jeszcze

lekkie kolory wspinające się w górę,
od burych po złociste, jak robaczki
po drabinie Jakuba, którą śnię

ja - więzień z długim wyrokiem.







MINUTA ZGINĘŁA

Półsenny o szarówce wyszedłem zwolnić
pęcherz, wokół domu

trawa parowała ciepłem idącym spod ziemi
(mój dom pod lasem, do wsi rzut kamieniem),
rzuciłem

w stronę lasu niebieskim krzemieniem, których
pełno w okolicy, układam z nich kopczyki,
odpędzam złe duchy, drugi krzemień rzuciłem
za siebie, a trzeci do góry, czekałem

aż pacną w trawę, cisza je połknęła.
Raz, dwa, wróciłem,

na ganku drgnąłem na dźwięk, który
miał być wcześniej, spóźnione krzemienie
spadły znacząc trójkąt w trawie, minuta

zginęła, lecz na jej miejsce
wcisnęła się nowa minuta, we wsi
wieprz zaczął krzyczeć,

zaraz przypomniałem, dzisiaj świniobicie.







MAM W USTACH ŻOŁĘDZIE

Mam w ustach
żołędzie, jesienny narkotyk,
cicho je połykam, zasypiam,

czekam
na poranek, może jutro skleję
pękniętą Ziemię,
pęknięte niebo
i ten zielony talerz,

z którego wyciekam
w korzenie dębu.







CALABRIA W GÓRZE

pęcznieje
blask, nad
Sycylią mgła, widzę
siebie w oknie, pozdrawiam
drugą stronę oczu

złota
obrączka, wymyślona
iskra, na przekór
rozstaniu

z wieży, po
dachówkach, po
posadzce – światło –
wlewa się przez oczy
do piwnic czaszki







CALABRIA W DOLE

zjadam się
w kawałku mięsa, trawię
noc, skórę,
chrząstki, krew, poduszka
kaleczy skroń

zabieram dźwięki uszami,
zabieram wonie nozdrzami,
zabieram powietrze płucami,
zabieram światło oczami,
komu, komu, komu?

oliwa, oliwa...
żyły drewniane, korkociągi wysokopienne, wbijają się
w mój brzuch - myśli Ziemia -
z moich płynnych dzieci ją
kocham najbardziej

łatać sieci na piasku, nie pytać,
z biedą, z krótszą nogą,
żyć posuwiście, zamaszyście

grosz na zimę po nich zostanie,
czyste łazienki; zabrali wszystko,
dumę, wzgardę, co za wstyd
wygodny (o, ćmy, turyści)







* * *

... moje ciało ...
mówią mi, że mojego nic więcej;

może ty,
przez której lochy idą dzieci,
by dostać się na świat, powiesz coś
więcej o tym?

ty polerujesz wygniecioną skórę
na przekór zwiędłej starości, a
na początku się zdawało,

że nic trwalszego
niż usteczka przy mlecznej piersi.







NISKO

Puste kościoły Kopenhagi
śpiewają w zachmurzone niebo,
wielbiąc Go, bo dał wytchnienie
od swej natrętnej górnej obecności;

dzisiaj chcemy Cię znaleźć nisko,
drobiąc kroki po schodach, przytulając się
do pni drzew.







LITANIA DO BRUDNEGO ZLEWU

O,
brudny zlewie, wcielenie
wszelkiego nieporządku,
wyrzucie sumienia, pamiątko
moich niegodziwości, mojej
ciemnej strony,
z oczami
tłuszczu z roślin i tłuszczu
ze zwierząt, ze zgniłą łodygą
szczypioru, z fusami kawy,
wypchany
talerzami, kubkami, nożami, widelcami,
tarką, łyżkami, skrobakiem do kartofli,
rozmiękłym zmywakiem,
masz swoje miejsce w moim domu,
nigdy nie sprzątnę cię do czysta.







ŻEBRA

Trudno kroić wędzony boczek z żeberkami,
najpierw muszę odciąć twardą skórę (świetna do
grochówki), potem supłam z mięsa białe kości,
przy których zostaje zawsze trochę mięsa, więc
kroję uważnie, żeby
nie zmarnować, no, ostatecznie, ostrym nożem
poradzę sobie z żeberkami nawet bez ich wyjmowania,
ale wtedy kawałki kości kłują w ustach i muszę je z ust
wyjmować lub wypluwać, te żeberka, żebra.







* * *

Kupiłeś w końcu dom,
mieszkanie, kawalerkę (co za
nazwa), grobowiec,

masz swoje miejsce,
auto w garażu, dzieci w szkołach, teraz
musisz miejsce wypełnić, przyozdobić,
wrzucić stół z krzesłami, wazon, łóżko,
kolor na ściany, alarm na okna,

niech będzie cicho.







SMUTNE NIEBO

Urzędnicy z Wydziału Spraw Duchowych snują
utopie przeciwko rutynie i zgorzknieniu nie-wiernych,
którym wszystko jedno, co jedzą w piątek,

święci z trzeciego piętra
zatrzaskują okna, by nie zaczadzieć od kadzideł,
wczesnym świtem umykają z miasta, które
zaczyna codzienną agonię o siódmej rano,

na rozmarzonej wsi dowiadują się,
że Kieszonkowa Tabliczka Dziesięciorga
Przykazań to za mało (a co więcej?), wtedy

urzędnicy z Wydziału łapią ich siatkami
na motyle i przyszpilają w gablocie w poczekalni
do smutnego nieba.







* * *

Dzień się skończył, dziękuję
sąsiedzie, że mnie nie zabiłeś,
nie okradłeś, nie doniosłeś, nie obmówiłeś,
nie otrułeś psa.







DO PRZYJACIÓŁ BIAŁORUSINÓW

Przecież mogło być, że
urodziłem się w waszym plemieniu

i niebo mówiło do mnie cyrylicą, że
krzyż mój miał jedną belkę więcej i
żegnałem się trzema palcami, że słuchałem
śpiewów w cerkwi, moim domem była
chłopska zagroda, że patrzyłem
na zadufane polskie plemię
podejrzliwie, z zazdrością, że byłem obcy,
niegodny, groźny, na usługach, że

niemal uwierzyłem, że tak musi być.







KRZESŁO

Skleiłem niebieskie krzesło,

jego kolor niebieski
był kolorem wtórym,
kiedyś było obleczone
bezbarwnym lakierem,

jego nogi podkułem
podeszwami z filcu,

usiadłem zachwycony, to jest
moje dzieło, niech stoi, niech
mi służy, jak najdłużej,

wiecznie;

jeszcze mi czegoś brakowało,
chciałem, by krzesło się rozmnażało
i cierpiałem nad tym.