|
/.../
LIST PIĘTNASTY Park w miejscu cmentarza. Heniek Rubin. Większa krzywda.
Byłem grabarzem żydowskich kości. Ukryłem je w piwnicy naszego domu, suchej i przewiewnej jak katakumby.
Pamiętam, spychacze ryją żydowski cmentarz. Jest wczesna wiosna. W rozmiękłej glinie szarzeją palce, piszczele, żebra. Łyżka spychacza, wypolerowana tysiącami ton ziemi, idzie równo, nieodwołalnie. W gąsienicach trzeszczy piasek.
Na siodełku potwora siedzi krasnal w waciaku, zwinnie przekłada dłonie od jednej dźwigni do drugiej, jakby tańczył na siedząco. Pali papierosa, głęboko zaciąga się dymem, który układa się ponad jego głową w jeszcze jedną figurę taneczną. Krasnal jest zadowolony, robi porządki w swoim ziemnym królestwie, na miejscu cmentarza buduje park.
Niosę zabłocone kości do piwnicy, odsuwam cementową płytę, układam je w zagłębieniu ziemi. Nazajutrz kości są już suche, białe. Studiuję je. Badam chropowate powierzchnie, krągłe przenikanie się płaszczyzn, umocowanie zębów w szczęce. Moje czynności spowija tajemnica.
Tajemnica rządzi też życiem mojego rówieśnika, sąsiada, Heńka Rubina. Na podwórze przyjeżdżają skrzynie z białych nieheblowanych desek. Heniek z siostrą i z rodzicami wyjeżdżają na zawsze do Ameryki. Jeszcze są w pobliżu, lecz na sposób ludzi umierających, którzy wiedzą, że bezpowrotnie opuszczają życie.
Czuję, że przed Heńkiem otwiera się przygoda, której mu zazdroszczę, o jakiej nie mam co śnić.
Po wyjeździe Rubinów ich mieszkanie długo stoi puste. W nim zamknięte powietrze, którym Heniek oddychał. Przez szpary w oknach, pomiędzy progiem i drzwiami, przez spękaną futrynę, powietrze wysnuwa się i miesza z innymi drobinkami powietrza dolnego miasta.
Do mieszkania wprowadzają się nowi lokatorzy, którzy o Rubinach nie wiedzą nic.
My wiemy, że Rubinowie byli tutaj. Ale wyjechali raz na zawsze, a to znaczy, że od początku byli przejściowo, od początku obmyślali wyjazd do lepszego amerykańskiego świata.
My musimy być tutaj. Nic nowego pod słońcem. Jakiś żal nie wiedzieć do kogo. Jakaś raczkująca zawiść. Poczucie skrzywdzenia przez los, wieczorna buchalteria cierpień. Przekonanie, że nasza krzywda większa, lepsza od ich krzywdy, o której możemy zapomnieć. Chora pamięć. Strach.
/.../
LIST OSIEMNASTY Całowanie. Wojenne trupy. PPR. PZPR.
Moje pierwsze całowanie odbyło się na cmentarzu.
W klasie maturalnej, w przededniu święta zmarłych, gdy płonęły znicze, całowałem się z Jolką, aż cmentarz odmienił się w życiodajne pole, a ja poczułem splot miłości i śmierci, o którego mocy świadczyła przemiana. Noc była ciepła, gwiaździsta, wietrzna, trzepotały ognie, na nagrobkach pląsały cienie.
Na cmentarzu leżały wojenne trupy z polskiej armii dwudziestego roku, z Armii Czerwonej z roku trzydziestego dziewiątego i czterdziestego czwartego, trupy poległych kabewiaków po czterdziestym piątym. Polacy leżeli pod krzyżami, czerwonoarmiści pod obeliskami, które jako znak upamiętnienia przyszły z Egiptu faraonów.
Krzyż i obelisk. Ukrzyżowany Chrystus i słoneczny faraon. Na krzyżach tabliczki z imieniem i nazwiskiem, na obeliskach – blaszana gwiazda i napis, że żołnierz nieznany. Nieznany komu? Dowódcy, co nie sprawdził nazwiska trupa? Armijnemu pisarzowi, któremu nie chciało się wypełnić rubryki w dokumencie? Panu Bogu? Jemu znany na pewno.
Żołnierze, nawet po śmierci, trzymali szyk jak do apelu, groby były pod sznurek. Nieboszczycy – pomiędzy dwudziestym a trzydziestym rokiem życia, kiedy wojna obiecuje ekscytację, przygodę, ryzyko. Obiecuje odmianę losu zwykłego zjadacza chleba na górny żywot pana życia i śmierci.
Opodal, na zboczu, w obrębie cmentarza, ale poza wojennymi szeregami, przycupnęło kilka grobów sekretarzy PPR i PZPR. Miejsce ich pochówku znaczyło, że oni też należeli do klasy wojowników, że nieobca była im walka i zabijanie.
Ale te groby zobaczyłem już znacznie później, tamto całowanie się z Jolką ich nie obejmowało.
/.../
LIST TRZYDZIESTY TRZECI Skąd mokre ubranie? Szczeliny historii. Metafizyka dolnego miasta. Mur.
Wszyscy gorąco pragniemy, aby nadszedł czas, gdy wreszcie zrozumiemy, dokąd zmierza dolne miasto? A my wraz z nim.
Tak, to dolne miasto prowadzi nas w stronę, której nie potrafimy się domyśleć. Zdarzenia poprzedzają rozumienie – jak w opowieści, w której bohater najpierw wszedł do rzeki, a potem zdziwił się, że jest mokry.
Niekiedy wydaje się, że nasi przodkowie poznali te najważniejsze sprawy: zasadę, kierunek, cel. Ale może tylko nam się tak wydaje? Może – przepełnieni ponad miarę historią – przypisujemy im pewność, którą oni zdobywali w trudach, w cierpieniach? I nie zdobyli jej nigdy?
Jak długo jeszcze będziemy wyznaczać kierunek przy pomocy uszkodzonej busoli, której wskazówka obraca się na utopijnej skali dowolności? Odpowiedzi nie ma. Żyjemy w rozszczepieniu, zarazem jako ambitni kupcy i przelęknione dzieci, które historia wodzi za nos.
Czy o czymś zapomnieliśmy, czy o nas zapomniano? O czym zapomnieliśmy? Kto o nas zapomniał?
Nad dolne miasto nadciągnęła epoka przypominania i rozpamiętywania, porządkowania ról, rozdawania od nowa kart przez szulerkę historię.
Staramy się odnaleźć w jej świecie, nie dać się oszukać, a przynajmniej pomniejszyć oszustwo, umknąć w miejsca wyjęte spod jej kurateli. Przypodobać się jej, pracować dla niej – tak musi być! – pomnażać cywilizację i... lekceważyć ją.
Przyszłość wyobrażają sobie tylko ludzie bezczelni i naiwni. Wystarczająco bezczelni i naiwni, aby żyć. Bezczelność daje siłę do porannego wstawania i wieczornego zasypiania w nadziei, że jutro nadejdzie i jutro spełnią się pragnienia. Jest odruchem przetrwania, naturalnym warunkiem istnienia.
Bezczelnie – a więc niehonorowo – ignorujemy rozliczne wątki przeszłości, występując odważnie przeciwko historii, która chce działać według wypróbowanego sposobu. Sposób ów – cykliczny program od gehenny ku wytchnieniu i na powrót ku gehennie – także u nas znalazł zastosowanie. Chociaż na naszym terenie, na rubieżach, na krańcach jest nie dość skutecznie przez historię kontrolowany, cherlawy, byle jaki, niedokończony.
Przyzwyczailiśmy się do życia pod nieuważnym spojrzeniem historii, wypracowaliśmy styl półjawnej ignorancji i swobody. Styl życia w szczelinach historii, pośród zdarzeń przepełnionych przyjemnością z dobrze przespanej nocy, smacznego obiadu.
Podczas spotkań, zebrań, narad snujemy marzenia o tym, jaką przysługę możemy oddać światu. I uzgodniliśmy, że będziemy upowszechniać sposób życia sielski i anielski. Sposób życia rentierów i mnichów. Uwznioślimy niemrawość i przeciwstawimy ją ekspansywnej zaradności.
Chcemy skarcić świat za to, że wytworzył zbyt wiele dekoracyjnych zasłon roszczących sobie pretensje do rzeczywistości, zapodziewając gdzieś realność i moralność zwykłego życia. Twierdzimy, że przyczyna, od której rozpoczęło się budowanie współczesnej wieży Babel – owa pycha konstruktorów, wyraźnie jest u nas widoczna na tle zrównoważonego krajobrazu. Tym łatwiej można ją wytropić, pokonać i zastąpić życiem uładzonym. Trąbimy na alarm.
Jednak nasza potrzeba działania pochodzi z bezradności i zagubienia. Nie skutkuje wielkodusznym odrzuceniem cywilizacji nadmiaru, wolnym gestem odmowy usuwającym przeszkody. Pochodzi z nieśmiałości.
Pragniemy przezwyciężyć sprzeczności, zamienić słabość w siłę, aby dolne miasto przyciągnęło uwagę świata. Wołamy na puszczy, przeżywając zgryzoty, że pomimo cnót i naszego krzyku to niezwyciężona historia kupców i żołnierzy rządzi światem. I dzielnie dźwigamy – wspólne dla nas i dla puszczy – brzemię rezerwatu.
Chcemy wprowadzić na rynek idei metafizykę dolnego miasta – jakoby szczególny rodzaj transcendencji, który podobno bierze się z prowincjonalnej duchowości. Staranie to przypomina pocieszanie się ludzi skazanych na życie na uboczu, którzy czują, że powinni się wytłumaczyć.
Wiercimy się z niewygody – nie chcemy, lecz musimy. Wolelibyśmy, żeby nic się nie zmieniło, ale przed nami – niczym groźne słońce – wschodzi oblicze nowego świata, który zmusza do przemiany.
I w ten sposób – nie za naszą sprawą – zaczyna kruszyć się metaforyczny mur okalający dolne miasto. Jak wielka będzie to wyrwa? Zobaczymy.
/.../
LIST TRZYDZIESTY PIĄTY Upadek dworca kolejowego.
Ulica Świętego Rocha kończy się ślepo. A właściwie przechodzi w ażurową kładkę nad torami kolejowymi, zimą niezmiennie oblodzoną. Ci, którym przyszło podróżować zimą, stąpają po niej niepewnie, dźwigając pakunki i walizy kurczowo trzymają się poręczy. Patrzą pod nogi, chcą się śpieszyć, lecz nie mogą, rozdarci pomiędzy punktualnością a bezpieczeństwem. Spośród stopni przeziera przepaść, preludium każdej podróży.
Dworzec kolejowy dolnego miasta zanika, odchodzi w przeszłość wraz ze świetnością wieku pary. Latem tory porasta zielsko dorównujące krzakom. Za sprawą przerwanego remontu budynek główny jest częściowo zrujnowany. W prowizorycznym holu z kasami koczują bezdomni, pociągi spóźniają się, na nierównych peronach i w wagonach grasują złodzieje. Tylko podróżni jeszcze nie zawodzą, aczkolwiek, gdy tylko mają możliwość, jeżdżą samochodami.
Kolej jest w trakcie abdykacji, ale podtrzymuje pozory jak lekarz, który reanimuje nieboszczyka, ale nie wierzy w powodzenie akcji. Kiedy wsiadam do pociągu, staję się ofiarą starego mechanicznego urządzenia. Zgrzytając i sapiąc miele mnie w trybach, aby wyrzucić w innym miejscu.
Dworzec nie należy właściwie do dolnego miasta. Jako miejsce eksterytorialne, pośrednie, pomiędzy dolnym miastem a światem, wypełniony jest rozrzedzonym czasem podróży, innym niż czas stacjonarny, który panuje w mieście. Gdy wsiadam do pociągu, czuję, że miasto przestaje istnieć. Po przyjeździe, gdy zstępuję na peron, mam wrażenie, że wyłania się powoli z bezkształtnej galarety.
Przemykam przez anachroniczny dworzec jak najszybciej. Gdzież mu do niegdysiejszej, dumnej pałacowej budowli, solidnego gmachu na trasie do imperialnego Petersburga?
Dworzec nie pasuje do energicznej epoki natychmiastowych połączeń. Jest zmurszałym teatrem, w którym idzie staroświecki spektakl z udziałem podróżnych prezentujących dawny styl gry. Styl sympatyczny i bezpieczny jak wspomnienia, uniżony wobec władztwa pociągów nad ludźmi, nieśpieszny, nieporządny, przepełniony wiarą, że kolejami zarządza w interesie podróżnych mądry Stwórca – czujny i gotowy interweniować w świecie maszyn.
Czy doczekam chwili, gdy dworzec doszczętnie zarośnie trawa? Gdy przysypie go piasek? Kiedy to się stanie? Dworzec żyje, dopóki żyją podróżni, dopóki nie przesiądą się do aut, zapominając, czemu służyły budki dróżników, zwrotnice, semafory, nastawnie.
Upadek dworca związany jest też z niechęcią do ryzyka i trudów podróży, która nie przynosi już takiej jak niegdyś ekscytacji. Wędrowcy i odkrywcy przeminęli, zastąpili ich dojeżdżający pracownicy i turyści.
Usiadłem na dworcowej ławce grubo pociągniętej zieloną farbą. Gdzie się podziali prawdziwi podróżnicy? Nie ma ich na dworcach kolejowych ani na lotniskach, ani w przydrożnych barach oblężonych tłumami samochodów. Wszyscy jeździmy, nikt nie podróżuje. Pomimo jeżdżenia stoimy w miejscu, uczestniczymy w ruchu pozornym, widzimy odmianę tam, gdzie jej nie ma. W jeżdżeniu nie ma odkryć, są znój i nuda, niechęć do siebie, a może nawet pogarda, że oddajemy się czasochłonnemu zajęciu, które nie przynosi radości. Umarł etos podróży istotnej, podróży poprzez światy i zaświaty, poprzez doświadczenia najgłębsze, takie, które zbliżają do ludzi, rzeczy i duchów.
A prawdziwi podróżnicy? Żyją w osamotnieniu, nie wiedzą, jak rozmawiać z jeżdżącymi, poddają się ekskluzywnej pokusie samotności, uchylają się od pracy nad dziennikiem podróży. Dziennikiem, który jest zdolny przeobrażać, nie tylko wyrażać.
/.../
LIST TRZYDZIESTY SIÓDMY Szarość. Herb. Szarówka. Centrum.
Dworzec kolejowy i jego okolice, właściwie całe dolne miasto powleczone jest szarością pochodzącą z pewnego zabrudzenia światła, które przez większą część roku tylko przesącza się przez chmury, a w największej jasności chmur nie przenika w ogóle. Nawet w słoneczne dni pełnego lata szarość – a nie zdecydowany cień – czyha w zakamarkach ulic, w bramach, na schodach.
Domyślam się związku pomiędzy poszarzałym światłem a barwą ziemi, która odsłonięta w spoinach chodników, na poboczach trawników, w parkowych alejach ma barwę i sypkość popiołu. Przemienia się z kurzu, w zależności od wilgoci w powietrzu, w mięsiste, lepkie błoto.
Szarość osadza się na grudkach ziemi, na kamieniach, przyczepia do butów, ubrań, tynków, pni drzew, liści. Wspina się na wyższe piętra życia, sięga do serc i umysłów.
Jestem nieodrodnym dzieckiem dolnego miasta. Jestem szary. Najjaskrawsze pomysły, najbardziej pstrokate ubrania nie są w stanie zasłonić szarości, która dla moich zewnętrznych kolorów jest tym, czym ziemia dla kwiatów.
Szarość nie jest przecież gorsza, a tylko szara. Ma swoich sprzymierzeńców w zetlonym świetle, w ziemistym popiele. Jest cechą elementów i zasadą kompozycji – tak świata, jak i człowieka.
Wstyd szarości? Gdzieżby! Dolne miasto jako republika szarości świadczy o wysokiej randze nostalgii, smutku, niezdecydowania, o wadze rzeczy niedokończonych, nierozwiniętych, zalążkowych.
Szarość posiada szczególną siłę tworzenia. Działa ku wnętrzu, ku nastrojom. W zgodzie ze swoją naturą, nie jest skierowana na rozbłysk, na wybryk, na oryginalność. Nie może się z niczym porównywać – jest tłem porównań. Za to cieszy się sobą na swój szary sposób i podejrzliwie spogląda na konkurencję kolorów, którym ma za złe, że rywalizują ze sobą i zakłócają stare, sprawdzone życie i obyczaje.
To prawda, szarość jest skrywana i wstydliwa, ale w zamian gotowa chwytać rzeczy małe a ważne w ich prawdziwym rozmiarze, bez powiększania, rozdmuchiwania, upubliczniania. Cicho przeziera z przemian życia, czyli z niekończących się powrotów narodzin i śmierci.
Czy nie chciałem błyszczeć, wyróżniać się? Czy potrafiłbym wejść w dorosłe życie bez takich pragnień? Skąd miałem brać siłę, by przeciwstawić się powszechnemu przekonaniu, że świat obraca się dookoła mieniącego się kolorami Ja?
Chciałem zaprzeczyć szarości, zapomnieć, że pochodzę z dolnego miasta. Wabiły mnie kolory, nasączały walorami, ale spoza tej palety prześwitywała szarość, którą chciałem ukryć, zapobiec jej, pokonać, uciec.
Okazało się, że jedynym zwycięstwem było zaprzyjaźnić się z szarością, której walor jest odpowiednikiem życiodajnego chaosu, oceanem możliwości, życiem in statu nascendi, etapem istnienia przed decyzją o odróżnianiu się. A więc jest istnieniem łączącym i rozdzielającym skrajności, życiem w pośredniej, rozległej sferze środka, rozciągającej się pomiędzy rozpaczą ciemności a euforią światła.
Właściwym herbem dolnego miasta jest szarówka. Niesprecyzowana pora dnia, zmierzch wymienny ze świtaniem, moment mgielny, niedramatyczny, zaspany.
Wczesnym świtem lub podczas przejścia wieczoru w noc objawia się prawdziwe oblicze dolnego miasta – rozbrzmiewa echo miasta w górze. Szarość zamieniona w dźwięki brzmi w powtarzalnej akustyce pustych ulic, w rytmie bloków powietrza pomiędzy koronami drzew, w krokach samotnych przechodniów, którzy, choć odlegli od siebie, wystukują obcasami to samo uniwersalne tempo szarej godziny.
Rzeczy pojedyncze tracą wtedy na znaczeniu, łączą się w gromady za sprawą innej magnetyki i zgrupowane według jakości nadrzędnych ruszają z oddzielnych miejsc w dole ku centrum w górze.
/.../
|