ŹRENICA

Oglądam powietrze,
w prawdziwą podróż zabrać niczego nie mogę,
nieapetyczne kobiety zostały na półmisku.
Tnę nożycami krajobraz,
trzy dachy, dym, kominy,
deszcz, płot, drogę, kamienie, psa
z blizną na grzbiecie.
Wciąż zostają rzeczy, które
świdruje źrenica – i one się kruszą
i pęka źrenica...







* * *

Tonę.
Gdzie wypłynę?







* * *

Kiedy zobaczyłem srokę na olszynie,
sroka też mnie zobaczyła
- nic nie wymaże tej chwili
z historii świata.







POKRYWECZKO

Pokryweczko na garnuszku, na małym
ogniu, czy wiesz, że nigdy nie miałem poczucia
ciągłości życia?
Tak sobie pyr
koczesz nad
ogórkową zupą, którą
niechybnie pomieszam łyżką, choć
mogę to zrobić widelcem.







* * *

Liczby mogą się policzyć,
lata - dodać,
dzieci - urodzić. Żółta jesień
w roku 2375 zachwyci mnie tak samo
jak dzisiaj.







* * *

Niosłem Go jak worek z ziemniakami,
nie wiedząc, co począć z ciężarem, aż raz
w jesionowym lesie spojrzałem przez liście
w niebo







* * *

Pyłek kurzu wpadł do nosa,
nie zauważyłem – a on upadł obok
innego pyłka, który był tu już wcześniej







* * *

Jestem
słowem w głowie,
nie umiem mu ulec, żebrzę
o fabułę.
Co zrobić,
jak zrobić,
żeby powstać z choroby?
(Marnej, fabularnej.)







ŻYCIE DŁUGIE A UNIWERSALNE

Przyszła,

leżała, spała, krzyczała, była,
chodziła, jadła, rosła, się myła,
stroiła się, marzyła, grała,
jadła, piła, pokazywała,

zbierała, kpiła, kochała, szyła,
mówiła, klęła, rwała, kisiła,
dzwoniła, spała, zdradzała, piła,
mówiła, mówiła, plotkowała,

liczyła, porównywała,

chodziła, nosiła, rodziła, chowała,
kłamała, liczyła, mówiła, chciała,
prała, grała, wyobrażała,
sprzątała, zarabiała,

płakała, chodziła, żegnała, tyła,
nosiła, rodziła, chowała, karmiła,
witała, chodziła, sprawdzała, lżyła,
widziała, nienawidziła,

mierzyła, warzyła, czekała, leżała,
wygrała, przegrała, podejrzewała,
tęskniła, sprzątała, kwękała, drżała,
trawiła, modliła się, brała, leżała,

była, nie była, klęczała, się bała,

odeszła.







WILGOĆ

Od dziecka ciągnęło mnie do
wody. Wiosną, w mokrej ziemi budowałem
tamy i kanały dla spływającego śniegu, lubiłem mokre
buty i mokre ubrania rozgrzane ciepłym ciałem,
zdejmowałem skarpety
i oglądałem zaparzoną skórę, miękką i gąbczastą,
zginałem paznokcie ciesząc się na ich giętkość
i niełamliwość. Wakacje
spędzałem nad jeziorem, śpiąc
w namiocie, żeglując, pływając - byłem rybą,
trzciną, piaskiem na dnie. W deszczu
nieruchomiałem nagi w środku lasu, z zadartą głową,
z otwartymi ustami, mrugając powiekami, przepuszczając
przez siebie krople. Piję
dużo wody - zawsze do dna,
a gdy wychylam szklankę zamieniam się w wodę i
piję siebie - wtedy czuję, że rzeki mojego ciała
łączą się z rzekami świata. Sikanie
to wielka frajda, zwłaszcza gdy sikam do
kałuży, do rzeczki w mojej wsi, do sedesu lub pisuaru (te
są najlepsze, gdzie stoi trochę wody), a umoczenie rzeczki mam za dozwolone świętokradztwo i serce
uderza mi mocniej. Interesowałem się
innymi płynami jak nasienie, krew i pot, łzy, ślina,
badałem ich śliskość, przeciwdziałanie tarciu,
chłodzenie, likwidowanie kantów, wypełnianie pęknięć ... ,
aż odkryłem,
że w brzuchu mam księżyc, co przyciąga
i odpycha fale.







KOMETA
Natalce

Mój czas jak kometa
stoi na kwietniowym niebie, muszę pytać,
co mnie w sobie zawiera, do czego należę, zamiast uporczywie,
jakie będzie życie, jaka śmierć, bo życia i śmierci nie ma.
W ludziach nie mam ukojenia, ani w cierpliwych
zwierzętach domowych, one jeszcze mniej wiedzą o tym,
co jest większe od nich.






Nocą trzaskają zamki, dusze wracają do niebieskich pieleszy, letargiczne ciała kotów i samotnych kobiet dyszą tak samo, stworzone z tych samych atomów, wtedy palcem popycham kometę o centymetr, za każdym poruszeniem kociej skóry.

Mój czas nie bierze początku ode mnie, to bardzo uspokaja, pozwala trwać wśród zimnych miesięcy, byle bliżej ciepłych dni, one
nie przychodzą dlatego, że pragnę ciepła.







* * *

Nie smuć się, że nikt cię nie
rozumie, nie smuć się, że nikt cię nie
kocha, płacz sobie cicho
na zielonej trawie, ostrymi źdźbłami
rozcinaj sobie usta.







LEKARZ

W moim ciele było puste miejsce,
tam, gdzie biło serce.

Lekarz rzekł: o, nie ma
serca, co zatem tak bije?

To kije, co mnie prawie zabiły, pędziły
po drogach i miastach, nie dając
wytchnienia w ucieczce.

Aż ustały, trochę ze zmęczenia, trochę
z zapatrzenia w ciebie.

Lekarz rzekł: o, jest serce, tak mocne, że
powiększa ciszę i go nie słychać.

Myślałem, że śpię, myślałem, że śnię, a ja
się budziłem...

Lekarz rzekł: o, witam, dopiero pan żyje.







* * *

Boże Komarowy, nie wołam Twojego imienia
nadaremnie, w brzęczeniu komarów je słyszę.

Cieszę się przykrościami, modlę się bez słów,
żyję bezmyślnie, dziękując, że szpady komarów są tycie
i nie pamiętam o Tobie, gdy komar kłuje.

I po co to piszę? Boże Komarowy, Matko Lipowa,
Józefie Ciesielski, potrzebuję domu pod lasem,
to i Was wołam. Nadaremnie?


* * *

W moim ogrodzie wyrosły głowy
przyjaciółek, przyjaciół. Przechylam
konewkę – a one
z rozdziawionymi ustami piją,
piją mrużąc oczy.
Nie wyrywam ich,
sami wychodzą z ziemi nocą,
wiem o tym
po skrzypieniu furtki.







CIASNO
/międzynarodówka/

Przez miasto, w miasto – ciasno! -
spółkują Octavie, Laguny,
ciasno jak ciasto drożdżowe, nie-
wyrośnięte, oblepiające, się ciągnące, ciasno,
własno, tutaj – moje miasto, w szumie,
w rozumie, w bezrozumie, graniasto,
kanciasto.

Aaaaaaaa! Lubię, lubię ciasno, za dużo,
za gęsto, za szybko, wetknąć ani szpilki,
pomiędzy cycki, pomiędzy pośladki, pustej
mili, mili, pustego metra mili brak, pustej chwili. Czas
gęsty, sos mięsny, bezmięsny, stoczniowowałęsny,
wciska się
w każdą dziurę tycią – więc na tańce, żeby
było ciaśniej, ach! – ścisnąć proszę – dwa
dymy, trzy hausty, cztery giby, bliżej, bliżej, naj-
bliżej. Prasa hydra-
uliczna, proszę! – zgniot. Trzy hausty, cztery giby,
wzlot. Opad, wzlot. Moje kochane ciasno.







WSPÓLNY PRZEWÓD POKARMOWY

Nie umiem odejść,
mam wspólny przewód
pokarmowy, oczy, ręce,
używam waszych nosów, głów,
żeby powąchać wiatr,
żeby zrozumieć zmierzch
i puste słowa: kogoś, nikogo ...







* * *

Gdy mnie ćwiartujesz, uczysz,
co robić, żeby mniej bolało i kroisz
w dobrej wierze, najdokładniej.
Nie patrzę na twoje ręce, tylko na drzwi,
przez które opuszczam siebie i widzę:
swoje robisz, śpisz
sprawiedliwie.







* * *

(Śniło mi się, że …) Kopię rumuńską żebraczkę,
natrętną, z bachorkiem, i tego
chłopca, co zaczepia mnie, gdy wsiadam
do auta,
tego ślepca o zgniłym zapachu,
tego bez przedniego zęba portiera,
tę grubą listonoszkę z opuszczoną pończochą,
ten cały tłum, który woła: jesteś nasz ....







* * *

Przecież jesteś, a dotknąć nie umiem
twoich ramion, by poczuć, że to ty,
nie umiem dotknąć burzy, ani
cegły w narożniku domu, wszystko śpiewa,
że się pozbiera, odleci.

Zostaną miejsca z pustymi konturami,
ślady stóp wydłużone cieniem,
papieros w ustach, zapach dymu,
nie żałuję tego odpływu;
z twoich ramion spada ciało
- i jest to -
z czym dotąd byłem
tylko za sprawą tysiąckonnej wiary.







KIM

- Kim jestem?
- J e s t e m nie potrzebuje Kima, Kim przeszkadza,
Kim zabija j e s t e m.







W EŁKU

„Tu stacja Ełk! Zawiadamia się
podróżnych, że od jutra koleje
zostaną rozwiązane,
rozwiązane banki i armie,
małżeństwa i rodzeństwa, sądy,
więzienia, policje i związki
zawodowe, parlamenty i kościoły,
szkoły, przedszkola i towarzystwa
samolotowe, rozwiązane
umowy handlowe i spętane konie
na łące –
bo koniec świata niepostrzeżenie
minął i podróżować też nie ma po co!”







OTO NIKT NIE UMARŁ

Oto nikt nie umarł, żyjemy razem z
faraonami i z Atlantydą,
z Pitagorasem, z Platonem, z Napoleonem,
z moim dziadkiem, ze św. Stanisławem Kostką,
z pierwszym i z ostatnim królem, nie da się
nikogo zabić, nie ma śmiertelnych
chorób, nie można spłonąć na stosie, ani odejść
przez powieszenie.

Oto wielka biesiada na naszej kuli,
za stołami siedzą wszyscy, którzy tu kiedykolwiek
mieszkali, a pomiędzy nimi poeci
razem ze swoimi tłumaczami, tłum.

Oto nie ma ofiar ani oprawców, ani
zbyt wielkich krzywd, ani wybaczeń,
w tej powszechnej niemożności zabijania
wszyscy są jaroszami, tylko rośliny cierpią.
A może dobrowolnie się ofiarowują?

Oto z każdym można się spotkać, poprosić o
wyjaśnienia i autograf, wiadomość
może być sprawdzona, nie ma tajemnic,
oto niektórzy z nas mają cztery i pół tysiąca
lat, a pewna pani nawet dużo więcej; różnice
obyczajów nie przeszkadzają, ani różnej
wysokości obcasy.

Oto cała prawda, nie wymysł,
a ten, co machnie ręką,
nie wierzy w nieśmiertelność duszy.







OTIUM SANCTUM

Nie robię nic,
młot wrzuciłem do kąta,
liczydła rozsypałem po lesie,
rzeczy najważniejsze dzieją się same,
nie zmienię ich największą kompetencją,
gram koncert,
tralala,
bez instrumentów.







WYPADEK

Anioł godziny dwunastej ... ,
w niedzielę sierpniową,
którą zmoczył deszcz
po miesiącu suszy,

anioł godziny dwunastej ... ,
sprawczy, pomocny,
na dachu sklepu z kawą, gdzie
za ladą panna zbyt chuda,

anioł godziny dwunastej ... ,
tutaj i wtedy właśnie, gdy
popijałem kawę z Kolumbii,
w filiżance zbyt małej dla
moich grubych palców,

anioł godziny dwunastej ... ,
zabił się spadając z dachu,
pośliznął się na mokrej blasze.







LIST

Słowa w palcach szeleszczą, litery
lgną do skóry, usta rodzą
słowa jak kobiety dzieci.

Słowa z ust nie pochodzą, białe czaple
je niosą z pustyń pełnych ognisk,
gdzie przeszłe, przyszłe księgi, gdzie
Jezus, Budda pod rękę.

No, to - kiedy list piszesz - ogień na pustyniach
podsycasz, czaplom
na skrzydła słowa kładziesz,
które w palcach szeleszczą.







ZABRAĆ ZE SOBĄ TĘ MAŁĄ?
Ewci

Za dużo dymu w pubie, a ja
nie palę, jednak przesiaduję, na ból
głowy i gorączkę kupuję u barmana
aspirynę - ta mała, ta mała, ta mała chce
być ze mną, pięknie.

I znowu wszystkie rzeczy na całość się
składają, to za sprawą umierającej
przeszłości.

Świat dopiął już swego w tym
stuleciu, tych kilka lat do równej daty mogę
zamienić na urlop, doprawdy, w kwestii nowych
sztuk i książek posługuję się
matrycą, oj, dana … to znam, to znam,
to znam.

Ta mała chce
być ze mną, więc węszę wśród dymu za
jej zapachem, a na to wchodzą wonni
mężczyźni, każdy z młodością skupioną
w lśniących włosach spiętych w kucyki,
to autorzy nieprzemijających dzieł o rozkosznych
przygodach soboty i niedzieli, niech się wam
szczęści, piękni.

Barmanie - która godzina? - zaraz
mam przesiadkę na inne życie.
Zabrać ze sobą tę małą? Przecież i tak będę tu
wracać.







WIERSZ DLA EKOLOGÓW

Mieszkają ze mną senne mrówki, mole,
pies, zwinne robaczki w łazience, a
na psie trochę
pcheł, gospodarzymy w takt zegara, który
tylko ja umiem czytać, drzewa
stoją za oknem.

W kącie drży czarny telefon, tu
zlatują się głosy z całej Ziemi, wtedy
nie jestem sam, chociaż od gadania
nie ubywa mi samotności.

Inne domy też chcą mnie gościć dla ciepłej
obojętności,
jak drzewa nie wiem jak ustawić rzeczy pośród ścian,
nie pytam drzew
o sprawy trudniejsze niż puszczanie soków na wiosnę,
nie zapraszam drzew do mojego domu.







CIOCIA ZOSIA

Nic nie zastąpi podróży, podróż
porwała ze sobą łąkę, zakręt drogi,
umarłą ciocię Zosię.
Teraz ciocia więcej wie
o żarliwości, harmonii, przeżuwa czas
jak żytni chleb, chwyciła połę fraka śmierci,
huśta się na niej, śmieje, nie spada,
patrzy na mnie jak żaba na kijankę,
na nas dobry bocian, spokojnie.







* * *

Obciąć rzeczom imiona?
Byśmy się nie dogadali,
ale rzeczy ze sobą, i
z nami.







ŚWIATŁO LAMPY

Przekonanie, że nic nowego się nie zdarzy,
pozwala lampie rzucać żółte światło na
twoje usta i lewy policzek. Inaczej niż przed laty,
ta niezmienność równoważy
poziom wód w rzekach, w żyłach uspokaja krew.
To pewne, nic nowego od ciebie nie usłyszę,
kiedyś myślałem, że będą mi darowane rzeczy
nowe, jestem po to, żeby nie być,
chociaż światło nic sobie z tego nie robi.







PUSTE CIAŁO NASZEGO OJCA

Kiedy umarło ciało naszego ojca,
rzeczy w pokoju zrzuciły z siebie użyteczność
i odetchnęły z ulgą, garnitury
i płaszcze w szafie tuliły się
do siebie, okulary próbowały
widzieć, puste ciało leżało
dostojnie, ciesząc się odpoczynkiem,
ponad głową przelatywały jeszcze
łagodne pragnienia, które ojciec
zabierał na tamtą stronę.
Zaraz wdarł się do pokoju czyjś oddech,
a może szept,
i usiadł na firankach,
po trzech dniach opadł razem z kurzem;
wtedy już wiedzieliśmy, że ojciec
znowu jest młodzieńcem harcującym po
ulicach i zielonych wzgórzach Łomży.







SKÓRA

... w rozpaczy – jak na wiosnę – chodzę
z szerokimi oczami i zdejmuję
znoszoną skórę, i jeszcze jedną,
i jeszcze jedną, aż
do tej koronkowej, gdzie ażuru więcej
niż ciała i
nie ma mnie, to
nie rozpaczam ...







TEN TRZECI

Ten trzeci
jest zawsze w pobliżu,
bez niego nic się nie zdarza
- oddech bez powietrza -
punktualny, łaskawy,
prostuje myśli,
uczy jak całować,
pierwszy jest.







* * *

Gdy zostanę ojcem
samego siebie, powiem sobie, czyli mojemu
synowi, jak nieskończona jest droga w górę,
po głowach ojców, których trzeba rodzić,
a tych, których się przeżyło traktować jak
pies traktuje ogon - najbliższą przeszłość
niezbędną dla zachowania równowagi.







NA PÓŁCE

Ósmego grudnia, odłożyłem rozum
na półkę
- mówię wam - rozkosz, ale nieco strachu,
strachu przed upadkiem, ściany
się zsufitowały, podłoga zaokienniła,
obrazy rozramiły, zamiast psa było
szczekanie, wydawało się, że
dom runie i pot mnie oblał, jednak
czynić zła nie było jak. Powiedziało mi się:
- Co jest ciemniejsze niż moja ciemność?
- Strach przed nią.







* * *

Cyt, cyt
w noc, w dzwon, w naj,
cyt
w wilcze gardło,
w srocze pióro,
cyt
poza obraz,
stąd - tam.







MOWA (TRAWA)

Loty
duchów zmieniły się w rozkłady lotów,
sekrety rozlazły się po ulicach,
stare księgi czyta się ukradkiem, w zawstydzeniu,
wiersze rymowane nie przystoją, nieprzemakalne
niebo opięło Ziemię, dochodzą stamtąd niewyraźne rozmowy; niektóre słowa umarły, inne zeszły w podziemie, spiskują mozolnie, strażnicy starych słów nie rozumieją mowy dzieci.

W niebie nowy hałas, a cóż tam szykują,
czyżby sposobili nową mowę? Ziemia stanęła
na bocznicy, musi czekać, a poeci
chcą zrozumieć niepojęte nim się stało.
Ej, mowo - stary sienniku - trzepią cię, sprzątają,
jak przed Wielkanocą.







CIEPŁO

Stoję
pod prysznicem,
aż tu spływa pytanie, czy aby nie wpadłem w
nowy nurt?
Wszystko było nowe, urzekało nowinkami,
nowe były rewelacje, radia tranzystorowe, nowa była
myśl, że nowe jest lepsze niż stare.
Woda szumi, że nowe rodzi stare, a stare rodzi
nowe, że stare i nowe to jedna para tych samych butów.
Stoję
boso, w miliardach kropli,
ani staro, ani nowo,
ciepło.







WŁOSY

Kurz był na książkach, na papierach,
na stole z młodym komputerem, wiał
wiatr i wzbijał kurz, kurz a może
piach, ze szpary w oknie siwa dróżka szła
do krawędzi parapetu.
Wszystko się sypie, moja droga, powiedział
ten, który stał przy oknie, przygładził włosy
tym ruchem własnym i strącił łupież, i pies
się wzdrygnął i otrząsnął, zrzucając kilka
jasnych włosów.
Wiem, wiem, myślała w stronę pleców
w oknie, zwijała lok
środkowym palcem prawej ręki, wszystko
w porządku, ale nic nie powiem (i chyba
usta otworzyła lekko).







SZŁOŚĆ

Ona:
przeszła
              szłość,
przyszła
              szłość,
poszła
              w dół,
wróciła
              górą,
chwila
              rośnie,
lata
              ze szpakiem, ze śpiewem.

Ja:
droga cię niesie, nie daj się rozciągnąć w popiele wczoraj,
w diamencie jutra, jak zgodziły się na to płaskie panny
trwające w przedżyciu, dróżniczki z chorągiewkami,
z podróżującymi oczami ... Rośnie chwila, chwila wskroś ...







PODŁOGA

Z miodowych, gładkich
desek, lśniąca
podłoga, mocna -
dach dolnych tajemnic, sklepienie
mrówczego nieba, nieba pająka,
stonogi ...

... rozlałem zupę - powódź,
grzmi - upuszczona łyżka,
moja mowa nie do objaśnienia ...

Spoglądam w okno, w górę,
na niebieską podłogę aż po
horyzont.







* * *

Rano wiatr uderzył w dom,
zachybotały się krzaki przed oknem,
brzęknęła szyba w lufciku, spojrzałem
w stronę rzeki skąd przyszedł
wiatr … Nikogo.